INNE

Jesienna chandra i naleśniki ze szpinakiem

Jesień już nie pozostawia złudzeń. Jest ciemno i zimno a jedyne na co mam ochotę do jedzenia to wszystko to co ma dużo cukru, tłuszczu i mąki.
Najlepiej mi jest jak się objadam prażynkami ziemniaczanymi i oglądam Mad Menów na Netfilxie.
Czyli, jestem w opałach.

To tak w dużym skrócie.

Jeśli jednak rozsądek bierze górę ( a przecież jestem matką i nie mogę karmić dziecka prażynkami 😉 ) gotuję tak zwane comfort food.

Czym jest comfort food dla mnie?

To są zupy, gorące i gęste. To jest duszony szpinak z czosnkiem. To klopsy z kaszą i duża ilością sosu. To gorąca szarlotka, bez lodów. To też są pieczone warzywa- a uściślając- bataty pocięte w kształt frytek, z solą. To też są ziemniaki we wszelkiej formie. Ah jak ja uwielbiam ziemniaki!

Chwilowo też nie chodzę na bieżnię.
Czyli sami widzicie, że jestem w opałach. Na wiosnę zapewne nie zmieszczę się w ciuchy.
Ale prawdę mówiąc to jakoś tym się nie przejmuję. Na razie.

Czasem tak jest, że trzeba się wyluzować. Co prawda te prażynki jadam wieczorami i „ po cichcu”, żeby Mała Zu się nie zorientowała.
Dla niej staram się być przykładem ;)- czyli do tego wszystkiego popełniam te rodzicielskie grzeszki 😉 ha ha!

Wracając do przepisów. O klopsach już pisałam tutaj.
Napiszę teraz o szpinaku.

Uwielbiam, uwielbiam to danie! Naprawdę, potrafię zjeść tego wielką porcję! Czasem nakładam taki szpinak na kanapkę. Tym razem jednak zrobiłam do tego naleśniki.


Naleśniki ze szpinakiem


Składniki:

3 pęczki szpinaku
4łodyżki jarmużu
3 ząbki czosnku
sól
łyżka oleju + łyżka masła
1 łyżka sera mascarpone

Ciasto na naleśniki:
2 jajka
mąka
mleko/ może być woda też
sól

Najpierw na rozgrzaną patelnie wrzuciłam czosnek. Zrumieniłam go i dodałam wszystkie umyte liście. Całość zostawiłam na niedużym ogniu. Od czasu do czasu zamieszałam.
Liście powinny zwiędnąć, ale nie na suchy wiór!
Kiedy tak właśnie się stało dodałam łyżkę sera mascarpone ( został mi w lodówce więc trzeba go jakoś wykorzystać). Można też spokojnie obejść się bez sera.

W czasie kiedy liście się dusiły zabrałam się za ciasto naleśnikowe.

Tutaj mistrzem nie jestem- bardzo rzadko je robię bo oprócz mnie nikt za nimi w domu nie przepada.
W mikserze połączyłam składniki. Robiłam to trochę na oko, pamiętając, że ciasto ma być lejące.
Jak było za gęste dodawałam płyn i tyle, jak za rzadkie- mąkę.
Po zmiksowaniu, sprawdzeniu konsystencji zostawiłam je na chwilę i wróciłam do moich liści.

Liście zwiędły tak jak trzeba (tutaj tak naprawdę można dodać też kawał niebieskiego sera pleśniowego- to byłoby przepyszne!). Wyłączyłam ogień i wróciłam do naleśników.

Na małej patelni rozgrzałam niewielką ilość tłuszczu (olej) i wlałam małą chochlę ciasta.

Czy wam też pierwszy naleśnik nie wychodzi? 😉
Wyszło mi około 9-10 naleśników.

Jak nakładać?

Tutaj zauważyłam, że ludzie mają różne patenty. Moja mama zawsze robi naleśniki a la paczka (krokiet) inni robią rulony, jeszcze inni ciasto obok- farsz obok.

Ja ułożyłam farsz na połowie placka i złożyłam na pół i jeszcze raz na pół.

Bardzo to ładnie wyszło 🙂 i zgrabnie przy jedzeniu.

Poprzedni Next Post

You Might Also Like

2 komentarze

  • Odpowiedź gin 14 listopada 2017 at 09:30

    Też mnie jesienna chandra dopadła, mogłabym jeść tylko zupy i ziemniaki z sosem 😉
    Takie naleśniki są przepyszne, uwielbiam! Tylko moje zawsze zwijam w ruloniki 😉

  • Odpowiedź posmakujto! 12 listopada 2017 at 23:27

    Też muszę sobie takie naleśniki przyrządzić, z pewnością poprawią mi humor 🙂 🙂

  • Twój komentarz